Beznadziejna wróżka

Pamiętam dużo z dzieciństwa. Pamiętam poważne wypadki, stłuczone brody, obtarte łokcie i obite kolana. Pamiętam “widoczki” i lody w wafelku. Pamiętam twarze, imiona i piosenki. Pamiętam zabawę w chowanego, w dwa ognie i w kapsle. Pamiętam tyle nieważnych śmieci, że dziwię się, że mam jeszcze miejsce na śmieci bieżące. Wśród widokówek z dzieciństwa, kilka powraca jak zgaga po ciastku z kremem.

Historia mojego życia, przestroga, drogowzkaz, lekcja? Ziarno strachu, gorzka pigułka a może tylko chichot, okrutny żart?

Na rogu przy parkingu stała długowłosa wierzba. Piekna, majestatyczna, silna…. tylu gówniarzy się na niej wiecznie bujało. Tego słonecznego poranka nie było inaczej. Zgraja dzieciaków obwieszona na bogu ducha winnej wierzbie jak bombki na choince. Podczas tego niewinnego bujania wynikła zacięta dyskusja pomiędzy mną – szczerbatą pięciolatką a sześcioletnim nalanym grubasem. Jakże ważna dyskusja na temat ptasich kup, tak, ptasich kup, dobrze czytasz. Konkretnie dyskusja toczyła się na temat tego czy ofiara ptaszyska czuje uderzającą weń kupę, czy widzi zbliżającą się kupę i czy jest w stanie się uchronić.

Gruby upierał się, że nie ma mowy, ja twierdziłam, że jak najbardziej. Gruby twierdził, że w życiu nie poczujesz spadającej kupy a już na pewno nie odskoczysz zawczasu. Ja przekonywałam, że nigdy nie zostałam osrana bo zwyczajnie się nie dałam. To była zażarta dyskusja, prawie doszło do rękoczynów. Kiedy już elokwentnie kończyłam tę głupią sprzeczkę w której Gruby się grubo mylił, nagle on zaczął się turlać ze śmiechu wskazując tłustym palcem na moją rękę. Rękę z której szyderczo ciekła ochydna, ptasia kupa. Wpadłam w histerię i dałam nogę.

Nie mam pewności co było głównym powodem histerii, to, że przegrałam z Grubym, czy to, że ptak mnie osrał. Tak czy owak mama ukoiła nerwy ale przede wszystkim zmyła kupę.

To jest widokówka którą przeszłość wysyła mi raz po raz.

Jakby ktoś podbił stempel w samym środku mojej świadomości. Już zawsze miałam się czaić i obawiać. Stawiać kroki po cichu i skradać się po omacku. Oglądać się za siebie i próbować zgadywać przyszłość, stąpać po cienkim lodzie i nasłuchiwać pęknięć na nieskazitelnej tafli słonecznych dni.

Niby nic, mgliste wspomnienie letniego poranka. Niby błachostka, nieważny zbieg okoliczności, sekunda czy dwie na tle wieczności. A w mojej głowie wyrwa jak po powodzi. Czarna dziura pochłaniająca wszystkie piękne chwile. Chmura deszczowa na rajskiej plaży, czerwone wino na białej koszuli, blizna na nieskazitelnej twarzy, łzy rozpaczy, krew i krzyk w błogiej ciszy wczesnego poranka.

Moje życie to nieustanne próby przewidzenia przyszłości i odczytania kosmicznych znaków, kolekcjonowanie magicznych amuletów i zaklęć chroniących mnie od wszelkiego zła, unikanie ryzyka, trzymanie głowy na powierzchni i wypatrywanie tego gówna.

I choćbym nie wiem jak była ostrożna i rozważna, choćbym nie wiem jak wytężała wzrok i słuch, choćbym nie wiem jaka była bystra i przebiegła, choćbym odgadła wszystkie tajemne znaki i posiadła wszystkie amulety to i tak gówno z tego.

Tak jak wtedy znowu przyjdzie taki zwyczajny piątek. Będzie karuzela i głośna muzyka. Będą wielkie kolorowe lizaki, tłuste hotdogi, piwo z pianką i trzynastolatki w za krótkich koszulkach. Złote liście będą tańczyć na wietrze a ostatnie promienie słońca ogrzeją twarz. Roześmiane dzieci będą się przsuwać przed oczami pomiędzy kolorowymi kulami cukrowych wat. Balony napełnione helem będą kroczyć dumnie na smyczach podrygując radośnie i patrząc na wszystkich z góry.

Obrazki jak pocztówki z wakacji, klatka po klatce, w zwolnionym tempie oglądasz film życia. Zaraz się dowiesz, że kogoś już nie ma. Nie jakoś majestatycznie, nie wtedy gdy patrzysz przez okno w deszczowy dzień i masz czarne myśli, poprostu na parkingu pod Lidlem gdy myślisz o obiedzie na jutro i mleku do kawy. Zastygnięty jak posąg, ogladasz przez szybę samochodu jak życie nadal się toczy, ale nie Twoje.

Świat nadal się kręci, słońce nadal świeci chyba na złość. Ludzie nadal głośno się śmieją spijając białą piankę z bursztynowego piwa. Wszystko jest dokładnie tak jak było …. ale nie Ty.

Ani jednej chmury, ani jednej rysy, ani jednego zdradliwego powiewu wiatru, ani jednego znaku… Nic togo dnia nie wskazywało, że świat runie tak poprostu bez zapowiedzi u moich stóp.

Przewdziałam już milion tragedii, napisałam tysiące czarnych scenariuszy, wciąż się czaję z kryształową kulą i wciąż zdarza się to, na co jeszcze nie wpadłam. Beznadziejna wróżka.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: